
Czy świat jest gotowy na bullerbyn?
Istota – sens istnienia Fundacji Bullerbyn – jest tak rewolucyjna, że nie zawsze wystarcza mi mocy, żeby za nią stać. A jednocześnie tak prosta i fundamentalna, że nie widzę innego wyjścia.
Fundację Bullerbyn znam odkąd była, tylko i aż, Manią Kłosińską, czyli od początku. Od 18tu lat.
Od razu czułam połączenie z jej duchem. Do udziału w kolejnych projektach dojrzewałam jednak stopniowo.
Klimat bullerbynowy zbudował moje myślenie o edukacji, rodzicielstwie i rozwoju. I o sobie. Bo bullerbyn to stan umysłu.
Istota – sens istnienia Fundacji Bullerbyn – jest tak rewolucyjna, że nie zawsze wystarcza mi mocy, żeby za nią stać. A jednocześnie tak prosta i fundamentalna, że nie widzę innego wyjścia.
Rewolucja jest analogiczna do kopernikańskiej: to nie człowiek ma się kręcić wokół edukacji, tylko edukacja wokół człowieka. A raczej ma mu służyć wtedy, kiedy po nią sięgnie i raczej nie wcześniej. Bo najpierw są emocje i uczucia, fascynacje i niechęci, czyli rozwijanie świadomości siebie. Rozwój poznawczy dzieje się potem. Równamy do wewnętrznej harmonii, a nie do zewnętrznych standardów.
Prostota polega na tym, że wcale nie chodzi o edukację tylko o miłość i zaufanie.
Czy świat jest na to gotowy? No właśnie. Dlatego czasem bywa trudno.
Łatwo było na początku – dzieci jeździły na wioski. My, rodzice, przyjeżdżaliśmy na wieczorne czytanie, w weekend na kręgi i warsztaty. Jak mówić, żeby dzieci słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci mówiły. Były też wyjazdy zimowe dla rodzin. Atmosfera awangardy, świeżości, entuzjazmu, wspólnotowości. Wewnętrzne przekonanie o słuszności obranego kierunku.
Ale to były wakacje.
Z decyzją o szkole wyrobiliśmy się w zasadzie na ostatniej prostej – w siódmej klasie, i to młodszego dziecka. Bezpośrednim powodem odejścia z tzw. systemu były same szóstki ze wszystkich przedmiotów przy jednoczesnym zerowym zainteresowaniu samymi przedmiotami. Pomyśleliśmy: ok – czyli nauczyła się na czym polega ta zabawa. Pobawmy się w inną. Póki czas.
No i się zaczęło. Z pierwszych lat bycia rodzicem w społeczności Wolnej Szkoły Demokratycznej Bullerbyn pamiętam głównie kluby rodzica i wentylowanie swoich napięć i lęków. Czy oto niniejszym pozbawiliśmy swoje dziecko szansy na sukces… i maturę?
Nie chcę skupiać się na maturze (choć akurat tak się zdarzyło, że poszła świetnie), bo to oznaczałoby, że jednak liczy się wynik. No dobra – liczy się. Ale bardziej liczy się w jakim stylu został osiągnięty.
Po prostu wymienię po przecinku (inaczej musiałabym napisać powieść) styl i wartości, które odnalazłam w projektach Fundacji Bullerbyn.
Współpraca, społeczność (blaski i cienie), razem w nieznane (nie wiadomo kiedy dziecko „przerobi” Dziady i czy „przerobi”), nieprzerabianie, ogarnianie swojego życia, wartość codzienności i prostych codziennych czynności, żywi i prawdziwi dorośli ludzie wokół, autentyczność, wdzięczność, kontakt z potrzebami i emocjami, odpoczynek i relaks, śpiewanie, życie w lesie, zaufanie do naturalnych, samoczynnych procesów, w tym procesów uczenia się, rytuały otwierania, rytuały zamykania, wspólnota dzieci i dorosłych, akceptacja różnorodności, swobodny rozwój, zwyczajność, wspólne przyglądanie się trudnościom i wyzwaniom, proszenie o wsparcie, śmiech, świadomość siebie, zajęcia manualne, życie intencjonalne (co jest ważne? co wybieram?), umiejętność odmawiania, czekanie na wewnętrzną gotowość, świadomość zasobów i ograniczeń, współtworzenie i współistnienie.
Proste rzeczy. I za nie właśnie jestem wdzięczna duchowi i ludziom Fundacji Bullerbyn. Niech żyje 100 lat!
